Zmiana, czyli jak nie dać się zwiariować temu co było

Zmiana, czyli jak nie dać się zwiariować temu co było

Zmiany kojarzą się z czym co sprawi, że to co było już nigdy nie będzie takie samo. Owszem jest w tym sporo prawdy, ale w dużej mierze zależy to od nas samych. Nie przeczytasz dzisiaj artykułu opartego o badania czy bogatą literaturę. Zamiast tego opiszę zmiany jakie zaszły u mnie i takie które planuję od pewnego czasu. Zmiany można planować? Owszem i dzięki temu możemy dobrze na tym wyjść.

Kilka tygodni temu paru lekarzy postawiło przede mną trudną do przełknięcia diagnoznę jaką była informacja o tym, że prawdopodobnie mam nowotwór – czerniak. Co prawda była to wstępna diagnoza oparta wyłącznie na wywiadzie i tym co zaobserwowali lekarze, ale nie ukrywam, że strach ogarnął każdą cząstkę mnie. Pytano dlaczego tak późno do nich przyszłam itd. No cóż wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy prawo do błędów, lekarze również… Zajęto się mną kompleksowo. Po dwóch tygodniach stresu, natłoku myśli „co ja takiego zrobiłam, dlaczego ja” oraz „jeśli to rak to ja mu pokaże gdzie jego miejsce” przyszedł czas na wizytę i wyniki, w takich sytuacjach wszystko robi się na CITO. To nie czerniak a guz o podłożu nowotworowym. „Trafiła pani do nas w ostatnim momencie, za parę miesięcy nie mielibyśmy dobrych wiadomości”.

Po tym wszystkim na Instagramie zamieściłam layout zdjęć pieprzyka i guza który wyrósł obok niego, opatrunku, szwów, blizny i wyników badań. Moim celem było wzbudzenie w znajomych świadomości o potrzebie  badania i obserwowania swoich znamion. Na skrzynkę dostałam parę niemiłych wiadomości typu: takie zdjęcia powinnaś zachować dla siebie bo są brzydkie, albo że chwalę się na prawo i lewo. Fakt, zdjęcia obrazujące szwy na skórze nie należą do miłych widoków, ale jakie obrazki fundują producenci papierosów, te nikomu nie przeszkadzają. Nieprzychylne komentarze odeszły w zapomnienie ponieważ zdecydowana większość znajomych do teraz mówi mi „zapisałam się na wizytę”. Wiem, że mówiąc o swojej sytuacji obudziłam w niektórych czujność. Mogę śmiało powiedzieć, że jestem z nich dumna, bo w momencie kiedy spojrzeli na swoje ciało inaczej niż do tej pory zawalczyli o siebie.

Cała historia dała mi wiele do myślenia. Przede wszystkich uzmysłowiła, że mam wokół siebie wspaniałych ludzi, na których zawsze mogę liczyć. Oczekując na wyniki wiedziałam jedno, już nic nie będzie takie samo. Przede wszystkim zaczęłam patrzeć na siebie, nie za siebie. Do tej pory była i w większości liczyła się praca. Bywało, że wychodząc o 6 wracałam o 19. Teraz w tej całej machinie jest również miejsce dla mnie. Co prawda z niektórych ważnych dla mnie spraw musiałam zrezygnować na rzecz innych, ale widzę w tym wszystkim sens. Główny cel – mieć więcej czasu dla siebie i swoich pasji.

Mój blog również czeka zmiana, z pewnością zauważacie ją od pewnego czasu. Czasem zmiana szaty graficznej czy chociażby usunięcie kolumn wnosi powiew świeżości. Spokojnie – nie zrobię tutaj huraganu, chociaż kto wie 🙂

Czytając to, co opublikowałam w ostatnim czasie zdałam sobie sprawę, że zamknęłam się na jeden temat. Prawda jest taka, że robię masę innych rzeczy, z którymi chciałabym się z Wami podzielić, chociażby spostrzerzeniami z nauki języka migowego, wolontariatem czy organizacją konferencji. Tak, na brak zajęć nie narzekam, ale robię to co lubię i co zawsze chciałam robić. Zakres tematyki poruszanej na blogu znacznie się poszerzy, ale to będziecie mogli zaobserwować już wkrótce.

Do niedawna uważałam, że planowanie czegoś nie ma sensu. Liczy się to co tu i teraz. Owszem milion razy siadałam z kartką z kalendarza, wszystko analizowałam, ale po pewnym czasie widziałam, że nic z tego nie wychodzi. Pewne sytuacje ale i ludzie, których spotykam na swojej drodzę pokazują mi, że bez dobrego planu, wytrwałości, realizacji poszczególnych elementów nie osiągnę nic. Chwała im za to, że się pojawili bo być może dalej tkwiłabym między jakimiś szkoleniami.

W tym wszystkim ważna jest wytrwałość i mobilizacja do działania. Czuję, że mam ją w sobie – chociaż pisząc ten tekst leżę na kanapie brata i myślę bardziej o niebieskich migdałach. Jak ktoś powiedział „ładuj akumulatory”. Melduje, że zadanie jest w realizacji.

 

O Judyta

Zainteresowana rozwojem nie tylko maluszków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *